Kiedy skończyłem siedem lat, czas było iść do szkoły. Fajna sprawa nowi koledzy, nauczyciele, wszystko nowe tak wtedy myślałem. Aż do pierwszych zajęć, kiedy to dzieci miały stanąć w kółku i poddać sobie ręce. Wiadomo, jak wszyscy to wszyscy ja też chciałem… ale nikt nie podał mi ręki, nauczycielka również. Dlaczego tak jest? Wtedy nie do końca to rozumiałem – cieszyłem się wówczas, że jest wśród rówieśników ale… Posadziła mnie na końcu w ostatniej ławce, nie biorąc mnie w ogóle do odpowiedzi mówiąc zawsze „Ty nic nie musisz” (tak jak bym w ogóle nie istniał). Podobnie było z „kolegą” z klasy, który też nic nie musiał, tylko że On był ulubieńcem nauczycielki. Wytrzymałem to wszystko 10 miesięcy, potem rodzice przenieśli mnie do innej klasy, za co jestem im wdzięczny.