Dziś w moim cyklu „Bliżej Gwiazd” gościem jest Krzysztof Skiba – artysta, satyryk, felietonista, frontmen i autor tekstów zespołu BIG CYC. Udzielił mi krótkiego wywiadu pt. „Fajne, bo Polskie!”. Zapraszam do lektury.
Jakub R: Już od najmłodszych lat występowałeś na scenie. Najpierw jako model, a następnie w założonym przez siebie Kabarecie „Tapeta”. Jak wspominasz tamten czas?
Krzysztof Skiba: Z tym modelem, to był raczej taki zabawny incydent. Coś w rodzaju dziecięcej draki, ale prawdą jest, że wówczas po raz pierwszy łyknąłem bakcyla sceny. Po prostu wygrałem casting, miałem wtedy chyba z 10 lat. Wiadomość o castingu do naszej paczki przyniósł Maciek Kosycarz, chłopak który był moim przyjacielem w podstawówce, a także w liceum. Postanowiliśmy się zgłosić, a przy okazji była okazja coś dorobić. Uznaliśmy, że może być zabawnie. Pokazy miały miejsce na kiermaszu szkolnym, który obywał się tuż po słynnym Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Była to największa impreza handlowa w tamtych czasach. To były lata 70. Przez dwa tygodnie chodziliśmy po wybiegu prezentując mundurki szkolne, kurtki, dresy i tornistry. Bardzo nam się to podobało. Tym większa była nasza radość, że w przerwach między występami, prezentował się iluzjonista, który "czarował". Wyciągał na przykład piłeczkę pingpongową z ucha czy bukiet kwiatów z kapelusza. Oczywiście, to wszystko były triki. Myśmy nawet zakradli się do jego garderoby, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście to są czary. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że nie ma tu żadnej nadprzyrodzonej mocy, a jego spektakl opiera się na prostych urządzeniach, które wspomagają show. A on tylko to wszystko sprytnie kamufluje. Żaden magik nie lubi jak podgląda się jego kuchnię. Aby pozbyć się wścibskich dzieciaków iluzjonista pokazał nam na odczepnego, najprostszą sztuczkę. Sztuczka polegała na tym, że gumka z jednego palca przeskakiwała na drugi, złudzenie absolutne. Oczywiście, na przerwach w szkole szpanowaliśmy tą sztuczką przed kolegami, a także dziewczynami. Praca modela miała też i ten pozytywny wymiar, że nieźle nam zapłacili. Przez dwa tygodnie zarobiłem tyle, co moja mama przez dwa miesiące jako architekt.
Natomiast kabaret szkolny, było to coś znacznie poważniejszego. Zaczęło się od tego, że w szkole chcieliśmy zrobić naszym dziewczynom z klasy niebanalny prezent na Dzień Kobiet i zamiast wręczania kwiatów czy słodyczy, zrobiliśmy dla nich przedstawienie, które z resztą bardzo się podobało. Debiut kabaretowy odbył się w klasie i trudno wtedy było to nazwać kabaretem. Raczej były to takie szkolne wygłupy. Z czasem te wygłupy urosły do znacznie większej formy. W ostatniej klasie podstawówki doszło nawet do występu na sali gimnastycznej przed całą szkołą. Podczas prezentacji, zrobiliśmy sobie żarty z nauczycieli, co oczywiście nie do końca im się podobało. Po tym jednym występie „Kabaret Tapeta”, bo taką przybraliśmy nazwę, otrzymał zakaz występowania. Nie wiele nas to wtedy interesowało, bo szykowaliśmy się już do liceum (wtedy jeszcze obowiązało osiem klas podstawówki i cztery liceum). Więc dalej robiliśmy tę Tapetę lecz w trochę innym składzie i już jako kabaret licealny. Ponieważ wygraliśmy jakieś przegląd kabaretowy udało nam się osiągnąć lokalną sławę. Pojechaliśmy nawet na Festiwal Kabaretowy do Kielc, był to festiwal harcerski, u nas w grupie niektórzy byli harcerzami. Okazało się, że Komenda Hufca, nie miała kogo wysłać, bo nie mieli wśród swego grona artystycznych dusz. Dzięki wyjazdowi na Festiwal mogliśmy spotkać prawdziwych artystów kabaretowych, takich jak: Marcin Wolski, czy Jacek Federowicz, którzy byli tam wtedy wykładowcami. Oni tak na prawdę otworzyli nam głowy i podpowiedzieli jak taki kabaret się robi. My cały czas byliśmy bardzo młodymi ludźmi, mieliśmy wielki zapał, ale byliśmy totalnie nieopierzeni i niedoświadczeni. Na festiwalu w Kielcach zdobyliśmy Nagrodę Publiczności, braliśmy też udział w pokazach kabaretowych w Klubie „Kosmos”. Po powrocie do Gdańska, postanowiliśmy zrobić Przegląd Kabaretów Szkolnych, nazywał się „Błazenada 81” i odbył się w Domu Harcerza. Zaprosiliśmy zaprzyjaźnione kabarety z Kielc, Lublina, Gdyni, ale niestety wybuchł stan wojenny w skutek czego przygoda z kabaretem została praktycznie zakończona. W stanie wojennym zrobiliśmy jeden spektakl bez cenzury, udając że są to jakieś warsztaty artystyczne w Pałacu Młodzieży. Przed wprowadzeniem stanu wojennego w liceum nr 1 w Gdańsku wydawaliśmy swoje pismo szkolne o nazwie „Gilotyna”. Nie było wówczas Internetu i nie było wtedy mowy o stronie internetowej. Przy czym „Gilotyna” nie była pismem oficjalnym szkoły, tylko gazetą niezależną uczniów i robioną przez uczniów. Najpierw była odbijana na ksero, potem na offsecie w finale miała być wydana w prawdziwej drukarni, ale generał Jaruzelski wprowadził czołgi na ulicę i już nie było na to szansy.
J.R: Jakbyś miał dziś podjąć decyzję, powróciłbyś do kabaretu?
K.S: Cały czas mam sentyment do kabaretu, a BIG CYC przez niektórych zwany jest "rockowym kabaretem". To jednak tylko szyldy, a tak na prawdę to jest to jednak rasowa kapela rockowa. Natomiast ja jestem bardzo często zapraszany przez kabarety, jako ich gość specjalny. Z przyjemnością z tego korzystam. Występowałem z Kabaretem Ani Mru-Mru w skeczu o aniele, gdzie ja byłem aniołem a Michał diabłem, było to w Kabaretowej Lidze Dwójki. Następnie występowałem w skeczach Kabaretu Koń Polski w ich telewizyjnym programie kabaretowym „Kraj się śmieje”. Gościnnie występowałem w programie urodzinowym Kabaretu Skeczów Męczących z Kielc podczas uroczystej gali kabaretowej transmitowanej przez Polsat. Grałem tam siebie więc było zabawnie. Jako postać ze świata rocka jestem czasem do takich programów zapraszany gościnnie. Wspólnie z moim kolegą Maćkiem Kraszewskim występowałem w programie kabaretowym Górala i Jabbara, a także prowadziłem pewną galę kabaretową razem z Mariuszem Kałamagą z kabaretu Łowcy.B. Występuję również jako konferansjer, mam też swój muzyczny kabaret, gdzie moi muzycy parodiują znanych wykonawców np. Elvisa Presleya albo Freddiego Mercurego z zespołu Queen. Moi współpracownicy mają świetne stroje wyglądają rzeczywiście jak Presley i Mercury, są zresztą troszkę do nich podobni. Ja do tego wszystkiego dokładam żarty, zabawne komentarze, monologi i show się kręci. Nie jeździmy zbyt często na występy, tylko jesteśmy z tym programem zapraszani na specjalne okazje. To jest dla mnie istotna, ale jednak dodatkowa działalność.
J.R: Według Ciebie Polska, Polacy to kraj który ma poczucie humoru i potrafi śmiać się sam z siebie? Czy może jest wręcz odwrotnie?
K.S: Z naszym humorem jest tak, że najlepiej oczywiście śmiejemy z kogoś. Generalnie ten wariat, który jest na scenie, błaznuje i opowiada jakieś niestworzone historie na swój temat, to jest dla nas (widzów) jakoś tam śmieszny. Natomiast my siedząc na widowni, nie wierzymy i nie dopuszczamy nawet cienia myśli, że to może być choć trochę o nas. My zawsze wierzymy, że to jest o sąsiadach lub kolegach z pracy. Ambitny kabaret powinien obok śmiechu dostarczać też pewną refleksję dotyczącą otaczającego nas świata. Obok zabawiania powinien moim zdaniem przemycać także treści społeczne. Tego jest trochę w kabarecie, ale nie za dużo. Zwykle są to dowcipy o służbie zdrowia, czy skecze o policjantach, politykach i księżach. Te branże zawodowe "od zawsze' były wdzięcznym tematem żartów, ale szkoda, że kabarety nie szukają nieco głębiej. Wiadomo, że jak zrobimy na scenie kretyna policjanta w skeczu o drogówce, to wszyscy będą się śmiać, bo każdy z tych śmiejących się dostał kiedyś mandat. Żarty o mundurowych zawsze śmieszyły, tak samo jak o blondynkach. Przyjął się taki stereotyp, że właśnie to blondynka jest ta najgłupsza i nic nie rozumie. Pewnie jest to krzywdzące, ale kabaret często opiera się na stereotypach. A tymczasem kabaret powinien być rodzajem sztuki obśmiewania i wyśmiewania różnych stereotypów. Zwróć uwagę na taki schemat. W skeczu stoi trzech Polaków w parku i nagle pojawia się Eskimos. Oczywiście źle mówiący po polsku, bo jak ma mówić? To zawsze będzie u nas wzbudzało śmiech. Ja bym ten schemat odwrócił. Polacy powinni źle mówić po polsku, a Eskimos idealnie. Dla mnie to byłoby śmieszne, ale nie jestem pewien czy dla reszty także.
Często jako widownia nie przyjmujemy, że niektóre żarty mogą być o nas. Ale ogólnie to Polacy oczywiście uwielbiają się śmiać i kochają kabarety. Swoją drogą uważam, że nastąpiło mocne przeludnienie kabaretów na scenie i w telewizji. Kiedyś na ten kabaret się czekało w latach 80/90tych tych kabaretów nie było tak wiele jak teraz i ludzie tęsknili za takimi widowiskami. Wiadomo np. że będzie Festiwal w Opolu, a także Koncert Debiutów, Koncert Premier. W ciągu tych paru festiwalowych dni, jest zawsze jeden wieczór poświęcony kabaretom. Słynny Kabareton w Opolu to było święto, na które czekało się cały rok. Natomiast dzisiaj masz codziennie kabarety, albo ich powtórki z jakieś poprzednich gal, właściwie co dzień leci coś kabaretowego. Siłą rzeczy nie ma takiego napięcia jak dawniej, kabarety spowszechniały. Owszem lubimy je oglądać i dalej się z nich śmiejemy, ale nie są już taką atrakcją jak były kiedyś. Pojawił się zdecydowany przesyt kabaretowy. Wielu widzów kabarety już nie śmieszą, a irytują. Są już nawet tacy, którzy nie cierpią ich oglądać. Aby czerpać przyjemność z kabaretu, zalecam rozsądne dozowanie.
J.R: Jak oceniasz obecny Polski rynek muzyczny?
K.S: Kluczem do zrozumienia i rozpoznania rynku muzycznego w Polsce są media. Stacje radiowe zdecydowanie promują pop, muzykę środka i zachodnich wykonawców. Właściwie trudno rozróżnić stacje muzyczne od siebie, ponieważ 80% z nich gra tak samo. Zalew takiej samej muzyki w wielu stacjach nie jest dobrym zjawiskiem, ponieważ powinny być stacje grające w różnych stylach, tak jak w telewizji z powodzeniem sprawdzają się kanały tematyczne. Są np. kanały historyczne, rozrywkowe, kulinarne lub informacyjne. Jeśli chodzi o stacje radiowe, to w niewielkim stopniu też występuje zróżnicowanie stylów, ale te największe, które kształtują gust muzyczny grają tak samo i niestety zwykle jest to papka muzyki anglosaskiej. Mam wrażenie, iż kiedyś z większą ostrożnością dobierano piosenki, preferowano też piosenki polskie. Natomiast dzisiaj polscy wykonawcy zdaniem pryncypialnych decydentów nie wnoszą żadnych wartości, tylko są wartościowi na tyle, na ile naśladują zachodnich wykonawców. Prawdę mówiąc zakładamy sobie sami jakieś kaganiec może nie polityczny, a kulturowy. Mamy naprawdę wspaniałych swoich wykonawców Czesław Niemen, Marek Grechuta, Jan Kanty-Pawluśkiewicz, Ewa Demarczyk, Anna Maria Jopek, Edyta Bartosiewicz, Maria Peszek, Kayah i wielu, wielu innych. Mamy wybitnych, wspaniałych artystów tekściarzy jak: Wojciech Młynarski, Jacek Cygan, piosenki nieżyjącej Agnieszki Osieckiej czy jaremiego Przybory to prawdziwe perełki poetyckie. Także stary rock jest to wartościowa rzecz, tak jak SBB, Beakout, Tadeusz Nalepa, Republika, Maanam, Lady Pank z lat 80-tych, Perfect, Oddział Zamknięty. Także te zespoły bardziej radykalne KSU, Dezerter, TZN Xenna, Kolaboranci tego nigdzie nie ma. Dawno nie słyszałem nowej piosenki Kobranocki, TSA, Kultu, Maanamu czy Lady Pank. Ostatnio słyszałem tylko nową piosenkę Perfectu, a to za sprawą tego że wydali nową płytę. Nie słyszałem innych, bo ich się nie gra. Lecą co najwyżej ich stare hity, ale też nie za często. Musimy pamiętać, że nasza narodowość objawia się w języku i jeżeli nie będziemy puszczać polskich wykonawców, to przestaniemy nie tylko myśleć po polsku, ale za dwadzieścia lat także mówić po polsku, bo zaleje nas zachodnia pop kultura. Musimy uczyć młodych, że byli tacy artyści jak Grechuta i Niemen i również tego, że świat współczesnej muzyki pop nie zaczynał się od Beyonce. W radiu na okrągło leci Beyonce, Christina Aguilera, Shakira i Jennifer Lopez. Na tego typu piosenkarki mówi się „wokalistki gołego pępka”, ponieważ one na wszystkich teledyskach pokazują goły pępek, cycki i tyłek. Nie mam nic przeciwko machaniu pępkiem, ale domagam się aby pokazywać też coś bardziej wartościowego. Pokolenie gołego pępka ma fajne teledyski, bo fajne dziewczyny tam grają i tańczą. Nasza niezbyt wymagająca publiczność to lubi. Niech to też będzie, ale problem w tym, że w mediach jest tylko to i nie ma prawie żadnej alternatywy, nie ma inności w radiu.
Jeżeli chodzi o rynek muzyczny, to uważam, że jest teraz bardzo dużo zdolnej utalentowanej młodzieży i to niekonieczni tej, która męczy się w programach typu "X-factor". To jest młodzież, która świetnie gra, a przede wszystkim wartościowe jest to, że można wybierać wśród wielu różnych propozycji. Nie ma tak, że wszyscy grają na jedno kopyto. Nie ma już dominującego nurtu muzycznego. Wszystkie są jakby równoległe. Zwróć uwagę są zespoły folkowe, metalowe, elektroniczne, hip hopowe, hard rockowe, punkowe, grające przeróżne odmiany muzyki tanecznej, naprawdę jest cały zestaw i można pysznie wybierać, co kto lubi, nie ma jakiś dominujących zjawisk w muzyce. Kiedyś w latach 80. takim dominującym nurtem była muzyka rockowa. Później w latach 90. takim dominującym była muzyka hip-hop. Wszystko to teraz moim zdaniem działa równolegle. Oczywiście, ktoś słucha metalu, a drugi disco polo i ma do tego prawo. Obawiałbym się tylko, że media zbyt nachalnie i ze szkodą dla tkanki społecznej, a tylko z chęci zysku czyli dla mamony lansują płaski, tandetny pop. Ta muzyka jest łatwa i dlatego się podoba. Pytanie tylko, czy ona coś wnosi w sensie wartości. Czy nas uszlachetnia? Wątpię. To jest jak hamburger czy papier toaletowy. Czyli coś co szybko się konsumuje i zużywa, a potem o tym równie szybko zapomina.
WSZELKIE PRAWA DO WYWIADU ZASTRZEŻONE
Jakub R: Już od najmłodszych lat występowałeś na scenie. Najpierw jako model, a następnie w założonym przez siebie Kabarecie „Tapeta”. Jak wspominasz tamten czas?
Krzysztof Skiba: Z tym modelem, to był raczej taki zabawny incydent. Coś w rodzaju dziecięcej draki, ale prawdą jest, że wówczas po raz pierwszy łyknąłem bakcyla sceny. Po prostu wygrałem casting, miałem wtedy chyba z 10 lat. Wiadomość o castingu do naszej paczki przyniósł Maciek Kosycarz, chłopak który był moim przyjacielem w podstawówce, a także w liceum. Postanowiliśmy się zgłosić, a przy okazji była okazja coś dorobić. Uznaliśmy, że może być zabawnie. Pokazy miały miejsce na kiermaszu szkolnym, który obywał się tuż po słynnym Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Była to największa impreza handlowa w tamtych czasach. To były lata 70. Przez dwa tygodnie chodziliśmy po wybiegu prezentując mundurki szkolne, kurtki, dresy i tornistry. Bardzo nam się to podobało. Tym większa była nasza radość, że w przerwach między występami, prezentował się iluzjonista, który "czarował". Wyciągał na przykład piłeczkę pingpongową z ucha czy bukiet kwiatów z kapelusza. Oczywiście, to wszystko były triki. Myśmy nawet zakradli się do jego garderoby, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście to są czary. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że nie ma tu żadnej nadprzyrodzonej mocy, a jego spektakl opiera się na prostych urządzeniach, które wspomagają show. A on tylko to wszystko sprytnie kamufluje. Żaden magik nie lubi jak podgląda się jego kuchnię. Aby pozbyć się wścibskich dzieciaków iluzjonista pokazał nam na odczepnego, najprostszą sztuczkę. Sztuczka polegała na tym, że gumka z jednego palca przeskakiwała na drugi, złudzenie absolutne. Oczywiście, na przerwach w szkole szpanowaliśmy tą sztuczką przed kolegami, a także dziewczynami. Praca modela miała też i ten pozytywny wymiar, że nieźle nam zapłacili. Przez dwa tygodnie zarobiłem tyle, co moja mama przez dwa miesiące jako architekt.
Natomiast kabaret szkolny, było to coś znacznie poważniejszego. Zaczęło się od tego, że w szkole chcieliśmy zrobić naszym dziewczynom z klasy niebanalny prezent na Dzień Kobiet i zamiast wręczania kwiatów czy słodyczy, zrobiliśmy dla nich przedstawienie, które z resztą bardzo się podobało. Debiut kabaretowy odbył się w klasie i trudno wtedy było to nazwać kabaretem. Raczej były to takie szkolne wygłupy. Z czasem te wygłupy urosły do znacznie większej formy. W ostatniej klasie podstawówki doszło nawet do występu na sali gimnastycznej przed całą szkołą. Podczas prezentacji, zrobiliśmy sobie żarty z nauczycieli, co oczywiście nie do końca im się podobało. Po tym jednym występie „Kabaret Tapeta”, bo taką przybraliśmy nazwę, otrzymał zakaz występowania. Nie wiele nas to wtedy interesowało, bo szykowaliśmy się już do liceum (wtedy jeszcze obowiązało osiem klas podstawówki i cztery liceum). Więc dalej robiliśmy tę Tapetę lecz w trochę innym składzie i już jako kabaret licealny. Ponieważ wygraliśmy jakieś przegląd kabaretowy udało nam się osiągnąć lokalną sławę. Pojechaliśmy nawet na Festiwal Kabaretowy do Kielc, był to festiwal harcerski, u nas w grupie niektórzy byli harcerzami. Okazało się, że Komenda Hufca, nie miała kogo wysłać, bo nie mieli wśród swego grona artystycznych dusz. Dzięki wyjazdowi na Festiwal mogliśmy spotkać prawdziwych artystów kabaretowych, takich jak: Marcin Wolski, czy Jacek Federowicz, którzy byli tam wtedy wykładowcami. Oni tak na prawdę otworzyli nam głowy i podpowiedzieli jak taki kabaret się robi. My cały czas byliśmy bardzo młodymi ludźmi, mieliśmy wielki zapał, ale byliśmy totalnie nieopierzeni i niedoświadczeni. Na festiwalu w Kielcach zdobyliśmy Nagrodę Publiczności, braliśmy też udział w pokazach kabaretowych w Klubie „Kosmos”. Po powrocie do Gdańska, postanowiliśmy zrobić Przegląd Kabaretów Szkolnych, nazywał się „Błazenada 81” i odbył się w Domu Harcerza. Zaprosiliśmy zaprzyjaźnione kabarety z Kielc, Lublina, Gdyni, ale niestety wybuchł stan wojenny w skutek czego przygoda z kabaretem została praktycznie zakończona. W stanie wojennym zrobiliśmy jeden spektakl bez cenzury, udając że są to jakieś warsztaty artystyczne w Pałacu Młodzieży. Przed wprowadzeniem stanu wojennego w liceum nr 1 w Gdańsku wydawaliśmy swoje pismo szkolne o nazwie „Gilotyna”. Nie było wówczas Internetu i nie było wtedy mowy o stronie internetowej. Przy czym „Gilotyna” nie była pismem oficjalnym szkoły, tylko gazetą niezależną uczniów i robioną przez uczniów. Najpierw była odbijana na ksero, potem na offsecie w finale miała być wydana w prawdziwej drukarni, ale generał Jaruzelski wprowadził czołgi na ulicę i już nie było na to szansy.
J.R: Jakbyś miał dziś podjąć decyzję, powróciłbyś do kabaretu?
K.S: Cały czas mam sentyment do kabaretu, a BIG CYC przez niektórych zwany jest "rockowym kabaretem". To jednak tylko szyldy, a tak na prawdę to jest to jednak rasowa kapela rockowa. Natomiast ja jestem bardzo często zapraszany przez kabarety, jako ich gość specjalny. Z przyjemnością z tego korzystam. Występowałem z Kabaretem Ani Mru-Mru w skeczu o aniele, gdzie ja byłem aniołem a Michał diabłem, było to w Kabaretowej Lidze Dwójki. Następnie występowałem w skeczach Kabaretu Koń Polski w ich telewizyjnym programie kabaretowym „Kraj się śmieje”. Gościnnie występowałem w programie urodzinowym Kabaretu Skeczów Męczących z Kielc podczas uroczystej gali kabaretowej transmitowanej przez Polsat. Grałem tam siebie więc było zabawnie. Jako postać ze świata rocka jestem czasem do takich programów zapraszany gościnnie. Wspólnie z moim kolegą Maćkiem Kraszewskim występowałem w programie kabaretowym Górala i Jabbara, a także prowadziłem pewną galę kabaretową razem z Mariuszem Kałamagą z kabaretu Łowcy.B. Występuję również jako konferansjer, mam też swój muzyczny kabaret, gdzie moi muzycy parodiują znanych wykonawców np. Elvisa Presleya albo Freddiego Mercurego z zespołu Queen. Moi współpracownicy mają świetne stroje wyglądają rzeczywiście jak Presley i Mercury, są zresztą troszkę do nich podobni. Ja do tego wszystkiego dokładam żarty, zabawne komentarze, monologi i show się kręci. Nie jeździmy zbyt często na występy, tylko jesteśmy z tym programem zapraszani na specjalne okazje. To jest dla mnie istotna, ale jednak dodatkowa działalność.
J.R: Według Ciebie Polska, Polacy to kraj który ma poczucie humoru i potrafi śmiać się sam z siebie? Czy może jest wręcz odwrotnie?
K.S: Z naszym humorem jest tak, że najlepiej oczywiście śmiejemy z kogoś. Generalnie ten wariat, który jest na scenie, błaznuje i opowiada jakieś niestworzone historie na swój temat, to jest dla nas (widzów) jakoś tam śmieszny. Natomiast my siedząc na widowni, nie wierzymy i nie dopuszczamy nawet cienia myśli, że to może być choć trochę o nas. My zawsze wierzymy, że to jest o sąsiadach lub kolegach z pracy. Ambitny kabaret powinien obok śmiechu dostarczać też pewną refleksję dotyczącą otaczającego nas świata. Obok zabawiania powinien moim zdaniem przemycać także treści społeczne. Tego jest trochę w kabarecie, ale nie za dużo. Zwykle są to dowcipy o służbie zdrowia, czy skecze o policjantach, politykach i księżach. Te branże zawodowe "od zawsze' były wdzięcznym tematem żartów, ale szkoda, że kabarety nie szukają nieco głębiej. Wiadomo, że jak zrobimy na scenie kretyna policjanta w skeczu o drogówce, to wszyscy będą się śmiać, bo każdy z tych śmiejących się dostał kiedyś mandat. Żarty o mundurowych zawsze śmieszyły, tak samo jak o blondynkach. Przyjął się taki stereotyp, że właśnie to blondynka jest ta najgłupsza i nic nie rozumie. Pewnie jest to krzywdzące, ale kabaret często opiera się na stereotypach. A tymczasem kabaret powinien być rodzajem sztuki obśmiewania i wyśmiewania różnych stereotypów. Zwróć uwagę na taki schemat. W skeczu stoi trzech Polaków w parku i nagle pojawia się Eskimos. Oczywiście źle mówiący po polsku, bo jak ma mówić? To zawsze będzie u nas wzbudzało śmiech. Ja bym ten schemat odwrócił. Polacy powinni źle mówić po polsku, a Eskimos idealnie. Dla mnie to byłoby śmieszne, ale nie jestem pewien czy dla reszty także.
Często jako widownia nie przyjmujemy, że niektóre żarty mogą być o nas. Ale ogólnie to Polacy oczywiście uwielbiają się śmiać i kochają kabarety. Swoją drogą uważam, że nastąpiło mocne przeludnienie kabaretów na scenie i w telewizji. Kiedyś na ten kabaret się czekało w latach 80/90tych tych kabaretów nie było tak wiele jak teraz i ludzie tęsknili za takimi widowiskami. Wiadomo np. że będzie Festiwal w Opolu, a także Koncert Debiutów, Koncert Premier. W ciągu tych paru festiwalowych dni, jest zawsze jeden wieczór poświęcony kabaretom. Słynny Kabareton w Opolu to było święto, na które czekało się cały rok. Natomiast dzisiaj masz codziennie kabarety, albo ich powtórki z jakieś poprzednich gal, właściwie co dzień leci coś kabaretowego. Siłą rzeczy nie ma takiego napięcia jak dawniej, kabarety spowszechniały. Owszem lubimy je oglądać i dalej się z nich śmiejemy, ale nie są już taką atrakcją jak były kiedyś. Pojawił się zdecydowany przesyt kabaretowy. Wielu widzów kabarety już nie śmieszą, a irytują. Są już nawet tacy, którzy nie cierpią ich oglądać. Aby czerpać przyjemność z kabaretu, zalecam rozsądne dozowanie.
J.R: Jak oceniasz obecny Polski rynek muzyczny?
K.S: Kluczem do zrozumienia i rozpoznania rynku muzycznego w Polsce są media. Stacje radiowe zdecydowanie promują pop, muzykę środka i zachodnich wykonawców. Właściwie trudno rozróżnić stacje muzyczne od siebie, ponieważ 80% z nich gra tak samo. Zalew takiej samej muzyki w wielu stacjach nie jest dobrym zjawiskiem, ponieważ powinny być stacje grające w różnych stylach, tak jak w telewizji z powodzeniem sprawdzają się kanały tematyczne. Są np. kanały historyczne, rozrywkowe, kulinarne lub informacyjne. Jeśli chodzi o stacje radiowe, to w niewielkim stopniu też występuje zróżnicowanie stylów, ale te największe, które kształtują gust muzyczny grają tak samo i niestety zwykle jest to papka muzyki anglosaskiej. Mam wrażenie, iż kiedyś z większą ostrożnością dobierano piosenki, preferowano też piosenki polskie. Natomiast dzisiaj polscy wykonawcy zdaniem pryncypialnych decydentów nie wnoszą żadnych wartości, tylko są wartościowi na tyle, na ile naśladują zachodnich wykonawców. Prawdę mówiąc zakładamy sobie sami jakieś kaganiec może nie polityczny, a kulturowy. Mamy naprawdę wspaniałych swoich wykonawców Czesław Niemen, Marek Grechuta, Jan Kanty-Pawluśkiewicz, Ewa Demarczyk, Anna Maria Jopek, Edyta Bartosiewicz, Maria Peszek, Kayah i wielu, wielu innych. Mamy wybitnych, wspaniałych artystów tekściarzy jak: Wojciech Młynarski, Jacek Cygan, piosenki nieżyjącej Agnieszki Osieckiej czy jaremiego Przybory to prawdziwe perełki poetyckie. Także stary rock jest to wartościowa rzecz, tak jak SBB, Beakout, Tadeusz Nalepa, Republika, Maanam, Lady Pank z lat 80-tych, Perfect, Oddział Zamknięty. Także te zespoły bardziej radykalne KSU, Dezerter, TZN Xenna, Kolaboranci tego nigdzie nie ma. Dawno nie słyszałem nowej piosenki Kobranocki, TSA, Kultu, Maanamu czy Lady Pank. Ostatnio słyszałem tylko nową piosenkę Perfectu, a to za sprawą tego że wydali nową płytę. Nie słyszałem innych, bo ich się nie gra. Lecą co najwyżej ich stare hity, ale też nie za często. Musimy pamiętać, że nasza narodowość objawia się w języku i jeżeli nie będziemy puszczać polskich wykonawców, to przestaniemy nie tylko myśleć po polsku, ale za dwadzieścia lat także mówić po polsku, bo zaleje nas zachodnia pop kultura. Musimy uczyć młodych, że byli tacy artyści jak Grechuta i Niemen i również tego, że świat współczesnej muzyki pop nie zaczynał się od Beyonce. W radiu na okrągło leci Beyonce, Christina Aguilera, Shakira i Jennifer Lopez. Na tego typu piosenkarki mówi się „wokalistki gołego pępka”, ponieważ one na wszystkich teledyskach pokazują goły pępek, cycki i tyłek. Nie mam nic przeciwko machaniu pępkiem, ale domagam się aby pokazywać też coś bardziej wartościowego. Pokolenie gołego pępka ma fajne teledyski, bo fajne dziewczyny tam grają i tańczą. Nasza niezbyt wymagająca publiczność to lubi. Niech to też będzie, ale problem w tym, że w mediach jest tylko to i nie ma prawie żadnej alternatywy, nie ma inności w radiu.
Jeżeli chodzi o rynek muzyczny, to uważam, że jest teraz bardzo dużo zdolnej utalentowanej młodzieży i to niekonieczni tej, która męczy się w programach typu "X-factor". To jest młodzież, która świetnie gra, a przede wszystkim wartościowe jest to, że można wybierać wśród wielu różnych propozycji. Nie ma tak, że wszyscy grają na jedno kopyto. Nie ma już dominującego nurtu muzycznego. Wszystkie są jakby równoległe. Zwróć uwagę są zespoły folkowe, metalowe, elektroniczne, hip hopowe, hard rockowe, punkowe, grające przeróżne odmiany muzyki tanecznej, naprawdę jest cały zestaw i można pysznie wybierać, co kto lubi, nie ma jakiś dominujących zjawisk w muzyce. Kiedyś w latach 80. takim dominującym nurtem była muzyka rockowa. Później w latach 90. takim dominującym była muzyka hip-hop. Wszystko to teraz moim zdaniem działa równolegle. Oczywiście, ktoś słucha metalu, a drugi disco polo i ma do tego prawo. Obawiałbym się tylko, że media zbyt nachalnie i ze szkodą dla tkanki społecznej, a tylko z chęci zysku czyli dla mamony lansują płaski, tandetny pop. Ta muzyka jest łatwa i dlatego się podoba. Pytanie tylko, czy ona coś wnosi w sensie wartości. Czy nas uszlachetnia? Wątpię. To jest jak hamburger czy papier toaletowy. Czyli coś co szybko się konsumuje i zużywa, a potem o tym równie szybko zapomina.
WSZELKIE PRAWA DO WYWIADU ZASTRZEŻONE
Komentarze
Prześlij komentarz